Julietta - Tom V
Donatien Alphonse Francois de Sade
Julietta
Tom - V
Następnie pomogłam mu się położyć na otomanie, zbliżyłam pośladki do jego twarzy i, pochyliwszy się, zaczęłam mu brandzlować kutasą, gdy tymczasem drugą ręką błądziłam po jego pośladkach i łaskotałam mu odbyt. Te poczynania pozwoliły mi przyjrzeć się Ojcu Świętemu i zaraz odmaluję go najlepiej, jak potrafię.
Braschi jest otyły, pośladki ma krągłe, jędrne i pulchne, ale skutkiem przyzwyczajenia do chłosty tak twarde i mocne, że szpilka wchodzi w nie równie trudno jak w skórę psa morskiego; dziura w dupie jest nadzwyczaj szeroka (a jakże mogłoby być inaczej, skoro zgodnie ze swym zwyczajem każe się on pierdolić dwadzieścia pięć czy trzydzieści razy dziennie?); jego kutas nie jest pozbawiony urody, gdy stoi, jest suchy, żylasty, z dobrze odsłoniętą główką, może mieć osiem cali długości na sześć obwodu. Nie uniósł się on zbyt szybko, dopiero wówczas, gdy papieskie namiętności wyraziły się z całą energią: twarz przy-kleił do moich pośladków, poczułam jego zęby, a następnie paznokcie. Ponieważ była to tylko zabawa, nie odezwałam się ani słowem, gdy jednak Ojciec Święty zaczął się zapominać, odwróciłam się doń i powiedziałam:
- Braschi, zgadzam się na rolę twej wspólniczki, ale nie ofiary.
- Gdy mi staje i gdy płacę - odparł papież - przestaję dostrzegać tę różnicę... Cóż! Sraj..., sraj..., Julietto, to mnie uspokoi; ubóstwiam gówno i jeśli zechcesz mi je dać, na pewno się spuszczę...
Wróciłam do poprzedniej pozycji, a będąc w stanie usłuchać, tak też uczyniłam. Pontyfikalny kutas stwardniał do tego stopnia, że poczułam, iż Braschi zaraz się spuści.
- Dalej, przygotuj się- ciągnął wieprz—muszę cię zerżnąć w dupę...
- Nie, nie - stwierdziłam - straciłbyś wigor, straciłyby też na tym nasze nocne orgie.
- Mylisz się - powiedział papież, przysuwając sobie mój tyłek -często pierdolę trzydzieści lub czterdzieści razy nie tracąc spermy... Nadstaw się, mówię ci, muszę cię zerżnąć.
Nie mając powodu, by robić przeszkody, których nie mógłby pokonać w stanie, w jakim go widziałam, oddałam mu tyłek. Braschi przebił go bez żadnych przygotowań. To zderzenie bólu i przyjemności, podrażnienie duchowe wynikające z faktu, że w mojej dupie tkwił kutas
papieża, wszystko to szybko sprawiło mi rozkosz i zlałam się. Gdy sodomita to spostrzegł, uściskał mnie gorąco, ucałował i wybrandzlował. W pełni jednak panując nad swymi namiętnościami, łotr tylko je podrażnił, nie dając im ujścia, i po kwadransie się wycofał.
- Jesteś czarująca - powiedział - nigdy nie jebałem rozkoszniej -szej dupy. Siądźmy do stołu; wydam rozkazy w celu przygotowania sceny, która, jak żądasz, ma się rozegrać na ołtarzu świętego Piotra; galeria tego pałacu prowadzi do kościoła, przejdziemy tam po odejściu od stołu.
Braschi siedział na wprost mnie i podczas posiłku dopuściliśmy się tysiąca ekstrawagancji. Niewielu ludzi w świecie jest równie lubieżnych jak Braschi; nikt nie posuwa się dalej niż on w poszukiwaniu rozpusty. Często musiałam rozcieńczać potrawy, jakie chciał zjeść; nasycałam je śliną i podawałam mu je do ust; przepłukiwałam sobie usta winem, które chciał wypić; kilkakrotnie wstrzykiwał mi je w dupę, a potem połykał i był w siódmym niebie, jeśli przypadkiem znalazł się w nim kawałek gówna.
- O, Braschi! — wykrzyknęłam w chwili szczerości. — Cóż powiedzieliby ludzie, którym chcesz imponować, gdyby zobaczyli, jak oddajesz się tym bezecnościom!
- Mieliby mnie w takiej pogardzie, jak ja ich - odparł Braschi -i mimo swej dumy, przyznaliby się do własnej głupoty. To zresztą bez znaczenia, nadal musimy utrzymywać ich w niewiedzy: panowanie błędu nie będzie trwać długo, trzeba się więc nim nacieszyć.
- Ech! Tak, tak - wykrzyknęłam - wprowadzajmy ludzi w błąd, to jedna z największych przysług, jakie możemy im oddać... Braschi, poświęćmy kilka ofiar w świątyni, do której mamy się udać?
- Niewątpliwie — rzekł Ojciec Święty - ażeby orgie były udane, musi popłynąć krew. Siądź na tronie Tyberiusza, ja będę go naśladował w mych rozkoszach, a nie znam rozkoszniej szego wytrysku niż ten, przy którym oddechy mieszają się z żałosnymi odgłosami śmierci.
- Często oddajesz się takim rozkoszom?
- Nie ma dnia, Julietto, bym się w nich nie pławił! Nie ma dnia, bym nie splamił się krwią...
- Skąd jednak bierze się to potworne upodobanie?
- Z natury, moje dziecko. Morderstwo jest jednym z jej praw. Każdorazowo, gdy czuje ona jego potrzebę, wpaja nam do niego upodobanie, a my bezwolnie jesteśmy jej posłuszni. Wkrótce użyję żywszych argumentów, by dowieść ci nicości tej rzekomej zbrodni; jeśli ty jej pragniesz, to ja jej dokonam. Dawni filozofowie podporządkowali człowieka naturze, by przystosować się do obiegowych wyobrażeń; gdy się rozkręcę, dowiodę ci, jeśli zechcesz, że człowiek wcale od niej nie zależy.
- Mój drogi - powiedziałam - przypominam ci o obietnicy: rozprawa, j ak wiesz, j est j ednym z warunków naszego paktu, spełnij j ą, mamy czas.
- Zgoda - rzekł noszący infułę filozof- posłuchaj: wymaga to najwyższej uwagi.
Ze wszystkich ekstrawagancji, do jakich mogła popchnąć człowieka duma, najbardziej niedorzeczną jest niewątpliwie uczynienie z własnej osoby czegoś wyjątkowego. Otoczony stworzeniami wartymi tyleż samo lub więcej niż on, uznał, że wolno mu bezkarnie targnąć się na życie tych istot, które, jak sobie wyobraził, są mu podporządkowane, i wymyślił, że zbrodni tego, kto dybałby na jego życie, nie zmyje żadna kara, żadna męka. Do tego pierwszego szaleństwa, w jakie wciągnęła go ta sama duma, do oburzającej głupoty przekonania, iż ma on boskie pochodzenie, nieśmiertelną duszę, niebiańskie dzieło jakiejś wprawnej ręki, do tej przerażającej ślepoty musiał jeszcze dodać drugie szaleństwo, przekonanie, że na ziemi jest on kimś bezcennym. Ech! Jakże w istocie to drogie dzieło owej dobroczynnej boskości, jakże ten wybraniec niebios mógłby w ten sposób nie myśleć: na tego, kto zniszczyłby tak piękną maszynę, niezaprzeczalnie powinny być nałożone najsurowsze kary. Maszyna ta jest święta, i maszynę tę, której popsucie musi być najstraszliwszą zbrodnią, jaką tylko można popełnić, ożywia dusza, wspaniały obraz jeszcze wspanialszej boskości. I rozumując w ten sposób, łagodnego i spokojnego barana, stworzenie będące dziełem tej samej ręki, nad którym góruje on jedynie inną konstrukcją, wbił na rożen, by zaspokoić swe łakomstwo, wrzucił do garnka, by zaspokoić głód. Przy choćby nieznacznym namyśle okazuje się on jednak znacznie mniej godny szacunku; zaprawiony nieco filozoficzny rzut oka na tę